Dalszy ciąg dni, które zmieniły wszystko

Dalszy ciąg dni, które zmieniły wszystko

Noc przespana, dopiero koło godz.6 rozległo się nawoływanie na mierzenie tętna dzieciaczków. Wszystkie półprzytomne, chwiejnym krokiem powyłaziłyśmy z sali i ustawiłyśmy się w ogonku pod zabiegówką. Nasłuchiwanie czy jest tętno…cisza…jest. Można odetchnąć, teraz tylko prochy, obchód i czekanie, kiedy Sylwek przyjedzie. Muszę tylko pamiętać, żeby nie jeść śniadania. Tylko dlaczego? Nie mogę sobie przypomnieć. Nieważne, na obchodzie koło 9 się dowiem. Teraz muszę się skupić i zrobić rzetelną listę rzeczy, których będę potrzebować, bo przecież zostanę tu tydzień, dwa, a może nawet trzy… Ale najpierw krótka drzemka…

 

Z letargu wyrwało mnie pukanie do drzwi i krótkie :

*  Dzień dobry! Pani Banaszek, jesteśmy umówieni na przepływy, prawda?

*  Dzień dobry, nie wiem na co jesteśmy umówieni, ale wiem, że miałam być na czczo – odpowiadam usiłując się uśmiechnąć, ale nie jest to proste kiedy sam ordynator, docent przychodzi po ciebie na usg, żeby sprawdzić czy już Twoje łożysko zagłodziło ukochane  dziecko czy jeszcze nie.

Podczas badania padło “Dzisiaj tniemy, jest bardzo źle.” Nawet nie trzeba było mi tłumaczyć czemu, bo wiem, wiem co by było gdyby jeszcze dzień poczekać, nawet pół dnia może nie wystarczyć. Słyszę jeszcze zapewnienie, że dziś jest szansa na najlepszy zespół na sali operacyjnej, a Wojtka odbierze sam profesor. Nieistotne mógłby mnie ciąć sam papież, a i tak jedyne co bym wtedy usłyszała to, to że jednak jest tak źle, że nie czekamy tygodnia, dwóch, ani nawet jednego dnia.

 

Wracając do sali powtarzałam sobie: Jesteś w najlepszym możliwym miejscu!

 

Madzia wiedziała, że coś jest nie tak… wysłała swojego męża, po Sylwka, żeby go przywiózł, żebym miała go koło siebie jeszcze przed zabiegiem. Przyjechali, a niedługo później po mnie położna przyjechała z łóżkiem…

Pamiętam zabieg, pamiętam wszystko, nawet to, że patrzyłam na zegar i że potrafiłam nazywać to co się za mną dzieje i anestezjolog mogła podać mi w porę odpowiednie …hmm substancje 🙂 Pamiętam, że wyjeżdżając z sali operacyjnej widziałam Sylwka i mówił, że był u Wojtusia, a lekarz, który mnie ciął wbiegł do windy ze słowami: Byłem na górze, profesor mówi, że stabilny. Tego dnia z ust tego lekarza usłyszałam to jeszcze dwa razy! Sylwek przyszedł ze zdjęciami, pierwszymi, tuż po urodzeniu – potem telefon zacałowywałam… Do końca dnia robiłam to, co było zalecane z jedną myślą – żeby jak najszybciej pójść do Wojtusia!

Zobaczyłam go rano! Położna dała się namówić i jeszcze koło godziny 7.00 zawiozła mnie na OIOM noworodkowy na 5 piętro. Byłam tylko kilkanaście minut, ale wiedziałam, że najważniejszym celem mojego życia będzie teraz zwiększanie czasu jaki będę mogła być tu w tym miejscu, koło najważniejszego inkubatora na świecie, najważniejszego chłopczyka na świecie.

Tego dnia doszedł jeszcze jeden cel: odciąganie pokarmu.

Laktacja to magia! Boska magia! Dar życia dla dzieci, a zwłaszcza dla wcześniaków.

 

Dwa dni później przeniesiona zostałam na oddział, gdzie mamy czekają na swoje dzieci. Czekają, aż będą na tyle silne, duże, zdrowe, że wypuszczą je do domu. Oczywiście dzieci, a matki razem z nimi. W tym czasie mamy mogą odciągać pokarm, przychodzić do dzieci, spać, jeść i tyle. Bo na nic więcej czasu nie ma. To jest misją życia samo w sobie.

 

I tak upłynęły kolejne 3 dni, aż do piątku 26 kwietnia 2019 do godziny 7.55 do wiadomości od Pani doktor prowadzącej Wojtusia…

 

Jeśli chcesz być na bieżąco to więcej informacji znajdziesz na

facebookowej stronie – ZAPRASZAM