Małżeńskie zamyślenie cz.10 Gdzie TY Kajusie, tam i ja Kaja – czyli europejskie małżeństwo na odległość

Małżeńskie zamyślenie cz.10 Gdzie TY Kajusie, tam i ja Kaja – czyli europejskie małżeństwo na odległość

 20150510_171957 Uczestniczę ostatnio w kilku forach i grupach dyskusyjnych, (a właściwie zaglądam do nich rzadko się wypowiadając) o tematyce małżeństwa, relacji, trudności w związkach… I zaobserwowałam, że w każdej z nich prędzej czy później pojawia się jeden temat, a czasem kilkukrotnie powraca co oznacza, że jest ważny i nurtujący dla większości z nas żyjących w stałych związkach. Tym tematem jest emigracja zarobkowa. Realia w naszym kraju uniemożliwiają godziwe życie wielu rodzinom. Jeszcze jak nie ma dzieci, to można zacisnąć zęby i uciułać dosłownie kilka groszy na jakiś wakacyjny wyjazd za granicę, ale jak pojawiają się dzieci, to zaczynają się schody. Potrzebne większe mieszkanie, bo jak pomieścić się w jednym pokoju? Dzieci to worki bez dna więc potrzebne są kosmetyki i ubranka, zabawki i czaso-umilacze dla maluchów najlepiej edukacyjne i koniecznie już w życiu prenatalnym. Jedzenie tylko bio i eko, bo musimy zapewnić jak najlepszy start w każdy możliwy sposób dlatego jeszcze przed poczęciem szukamy przedszkola i szkoły podstawowej (najlepsze liceum wybieramy dopiero w przedszkolu, w końcu nie można przesadzać…) i zastanawiamy się nad zajęciami dodatkowymi jak nauka języków, gry na instrumencie, plastyka, taniec, gra w piłkę. Czy to złe, czy to zbyt dużo? Może trochę, ale przecież każdy normalny rodzić chce dać swojemu potomstwu to czego nie dostał sam, chce żeby miało lepszy początek w życiu.

20150418_084823

Jaka jest tego cena?

  W kraju, w najlepszym wypadku wychowanie przez opiekunki lub dziadków i weekendowe spotkania z rodzicami, którzy w tym czasie marzą o świętym spokoju, a nie o wychowaniu i edukowaniu dzieci. Nie wspominając o zabawie, rozmowie i budowaniu prawdziwej trwałej więzi. A jak pojawiają się problemy wychowawcze, to przynajmniej mamy pieniądze, aby zapewnić dodatkową opiekę… psychologa i psychiatry dziecięcego.

I jeśli tak wygląda ta lepsza wersja, to jak tragicznie MUSZĄ wyglądać pozostałe!

Z reguły jeden z małżonków wyjeżdża za granicę, teoretycznie drugi ma dołączyć po kilku tygodniach czy miesiącach, ale jakoś zazwyczaj jak grzyby po deszczu piętrzą się trudności i ten czas się przedłuża, aż w końcu „wspólnie” podejmują decyzję, że przemęczą się w rozłące kilka lat, a potem już na zawsze będą razem. Wiele par startuje od tego właśnie miejsca, a jeszcze więcej z nich szczerze wierzy, że będzie dobrze, że jakoś się ułoży, że rozłąka, tylko ich scali, bo zatęsknią za sobą, a już na pewno będzie spokojniej, bo nareszcie starczy kasy do końca miesiąca.

Tymczasem rzeczywistość przytłacza i przerasta nawet najbardziej kochających się ludzi, a właściwie to obnaża każde słabe miejsce związku.

Jeśli małżeństwo darzy się prawdziwym uczuciem, podejmuje właściwe dla relacji decyzje i oparte jest na wspólnych ważnych wartościach, to dość szybko pieniądze okażą się jednak mniej ważne niż oni sami dla siebie i WARTOŚĆ BLISKOŚCI WSPÓŁMAŁŻONKA wygra!

20150509_193615

A co jeśli jednak nie? Jeśli stłumimy, tęsknotę i potrzebę bliskości i będziemy to przykrywać pod maską hardości i zosiosamisizmu?

Pojawiają się zagrożenia: depresja, poczucie osamotnienia, poczucie bezużyteczności, narastająca tęsknota, organizowanie sobie życia bez tej drugiej osoby, otwieranie serca na kogoś innego niż współmałżonek i uleganie złudzeniu, że to nic takiego, zamykanie przestrzeni swojego serca dla współmałżonka, bo tak czasami łatwiej poradzić sobie z tęsknotą i bólem rozstania, „oduczanie” się drugiego człowieka, jego/jej nawyków, zachowań, codziennych reakcji i tak w nieskończoność można wyliczać. Jeśli w końcu uda się po tych kilku latach na nowo połączyć, to trzeba się liczyć z koniecznością pokonania wyzwań… prawie takich jakie czekają nowożeńców. Czy to nie nazbyt duże uogólnienie? Może to przesada? Wróćmy zatem do pojęć:

Małżeństwo – związek osób zatwierdzony prawnie, religijnie lub społecznie. Nierozerwalnie łączy się z prowadzeniem wspólnego domostwa, prokreacją i socjalizacją dzieci. Zakłada się, że małżonków powinien łączyć silny związek uczuciowy. Celowo nie przytaczam słów z Katechizmu czy Prawa Kanonicznego, bo małżeństwo nie jest „wymysłem” chrześcijan, ale realizacją głębokich naturalnych potrzeb człowieka do trwania w pięknej, trwałej relacji i do wspólnego budowania (przyszłości, domu, rodziny… ).

Czy w tym świetle emigracja jednego z małżonków nie naraża na niewypełnienie jednej z cech-funkcji małżeństwa? Czy zamiast coraz piękniejszego wspólnego życia nie zmusza do ponownego wejścia w emigracyjną samotność? Czy warto ryzykować i wybrać realizację zapewnienia bezpieczeństwa ekonomicznego kosztem pozostałych aspektów takich jak trwała relacja, bliskość psychiczna, fizyczna, wspólne wychowywanie dzieci i ich socjalizacja? Prawidłowej odpowiedzi nie ma. Chyba…

Jestem jednak pewna, że jeśli kiedykolwiek zdecydujemy się na zarobkowy wyjazd za granicę, to tylko i wyłącznie razem!

 20150503_131540



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

37 + = 39